Jan Lechoń - List Kazimierza Wierzyńskiego do Mieczysława Grydzewskiego dot. śmierci Jana Lechonia 16 czer 1956

List Kazimierza Wierzyńskiego do Mieczysława Grydzewskiego po tragicznej śmierci Jana Lechonia 16 czerwca 1956

List Kazimierza Wierzyńskiego do Mieczysława Grydzewskiego dot. tragicznej śmierci Jana Lechonia 16 czerwca 1956
List Kazimierza Wierzyńskiego do Mieczysława Grydzewskiego dot. tragicznej śmierci Jana Lechonia 16 czerwca 1956

 

Goya Junod 8 czerwca 2017  opublikowała List Kazimierza Wierzyńskiego do Mieczysława Grydzewskiego:
 
15/16 czerwca 1956
 
„Kochany Mietku!
 
Dziś tydzień jak zabił się Leszek. Nie pisałem do Ciebie, bo cały ten czas byłem w Nowym Jorku, i dopiero wczoraj wróciłem do domu. Prosiłem Krzywickiego z Free Europe, aby za pośrednictwem Nowaka dać Wam znać telefonicznie z Monachium o szczegółach. Z listu Twego widzę, że Was nie zawiadomili. Myślę, że mi wybaczysz. Byłem tak rozbity, a jednocześnie musiałem zająć się tyloma sprawami, że w sumie dni te stały się dla mnie najcięższe w życiu, a w ubiegły wtorek, w dzień pogrzebu, wydawało mi się, że już nie podołam.
 
Leszek wyskoczył z wysokiego piętra, nie wiadomo z którego [jedne źródła mówią o 12 inne 14 piętrze – GJ], w hotelu Henry Hudson 8-go, w piątek, w południe, koło 1:35 – 1:45. Spadając zaczepił o coś, może o balkony, miał połamane nogi, rozbitą prawą część twarzy, brodę i usta. Zabił się na miejscu. Żadnych świadków nie było.
 
Od dwu, trzech miesięcy był w depresji. Starał się o obywatelstwo amerykańskie, „sponsorami” byli Iliński i Seidenman, przeszedł „egzamin” ale nie wzywano go do przysięgi, co jest zwykłem następstwem w tej procedurze. Zaczęło go to niepokoić, zwrócił się do Bestermana o interwencję i wtedy okazało się, że dalszy bieg sprawy zatrzymany został z powodu dawnych o nim zeznań o wiadomym Ci charakterze [chodzi o donosy na temat homoseksualizmu Lechonia*, w latach 50-tych w USA homoseksualizm karany był więzieniem – GJ]. Leszek oddał sprawę adwokatowi amerykańskiemu, specjaliście od „komplikacji” związanych z obywatelstwem, który podjął się załatwić rzecz w ciągu kilku miesięcy. Był to rozumny krok ze strony Leszka, bo sprawa dostała się we właściwe ręce i przestała obijać się o przedpokoje przyjaciół i życzliwców. Adwokat Kanarek, który był w stałym kontakcie z owym specjalistą, twierdzi że pomyślny rezultat nie ulegał najmniejszej wątpliwości. Urząd naturalizacji podjął nowe badania, o ich przebiegu i treści wiedział adwokat i uważał, że wszystko jest w porządku, ale inwestygacja bardzo Leszka deprymowała.
 
Rozmawiałem o tym z Leszkiem niezliczoną ilość razy i usiłowałem go przekonać, że jeśli wstrzymanie sprawy przez urząd naturalizacji mogło go denerwować, to nie było przyczyny do upadku ducha teraz, kiedy wszystko znalazło się na drodze do ostatecznego zakończenia. […] każdy starał się pomóc mu jak mógł. Leszek wyjeżdżał stale na weekendy, ostatnio był u Jadzi Smosarskiej, u Stasi Nowickiej, a w piątek miał pojechać z Zosią Rajchman do pensjonatu w górach.
 
Depresja jego nie była stała ani nie wydawała się czymś nieznanym – i to nas zwiodło. Nie tracił humoru, bywał „brillant”, pełen energii, przedsiębiorczości i różnych bardzo przytomnych zabiegów. Ponieważ od lat mówił o śmierci, samobójstwie, testamencie, o tym że będzie leżał w Montmorency, albo że jeśliby wiedział, że za rok umrze pojechałby do Polski itp., przyjmowaliśmy to jako tematy, którymi chciał zwrócić na siebie uwagę.
 
W ostatnich czasach wyglądał źle. Raz powiedział mi, że czuje się jak w 1921-ym roku, kiedy odwoziłem go do Piltza w Krakowie [po pierwszej próbie samobójczej Lechonia – GJ]. Było to za przedostatnim moim pobytem w Nowym Jorku. Spędziliśmy trzy dni razem, wydawał mi się znacznie spokojniejszy, godził się na różne moje sugestie i obiecał napisać mi jak się czuje. Gdy wróciłem do domu, zaczęły mnie trapić wyrzuty, że mimo wszystko nie zabrałem go ze sobą i kiedy list nie nadchodził, zacząłem do niego telefonować, ale nie mogłem go zastać ani w dzień, ani w nocy. Na tydzień przed fatalnym piątkiem zatelefonował do mnie Rathaus i powiedział mi, że Leszek czuje się bardzo źle, boi się wracać do domu i sypia u znajomych. Zaraz po tej rozmowie zacząłem telefonować bez przerwy i w sobotę rano udało mi się go zastać. Umówiliśmy się na poniedziałek, pojechałem do Nowego Jorku i zaraz z dworca telefonowałem znowu – bez skutku. Szukałem go w poniedziałek do późnej nocy, potem przez wtorek i spotkałem go dopiero tego dnia popołudniu na audycji. Robił wrażenie zupełnie roztrzęsionego, ale na audycji opanował się i nie zdradzał nastroju. Wyszliśmy razem, właściwie uciekając przed ludźmi – jak to on miał w zwyczaju – i mieliśmy razem spędzić wieczór, tymczasem na ulicy Leszek powiedział mi, że jest zajęty i że zadzwoni do mnie za godzinę. Czekałem na ten telefon na próżno cały wieczór i wreszcie przyszedłem do przekonania, że trzeba coś zrobić poza nim. Okazało się, że zajęli się nim inni. Leszek bywał w tych dniach bardzo często u Zosi Rajchmanowej, od niej wziął go do siebie generał Kowalski i nie opuszczał go ani na chwilę. Kowalski na prośbę Leszka zaprowadził go do spowiedzi, którą Leszek odbył dwa razy, przystąpił też do komunii. Mimo to mówił, że najcięższego grzechu nie powiedział księdzu. Z Kowalskim pojechał także do Bychowskiego na analizę, było to we wtorek, na drugi seans we czwartek jednak nie przyszedł. Ostatni raz rozmawiałem z nim we środę. Ponieważ we czwartek miał mieć śniadanie z adwokatem amerykańskim, a Kanarek mówił mi, że to spotkanie wyjaśni wszystko i że adwokat sam chce to zakomunikować Leszkowi. Starałem się wytłumaczyć mu sytuację w tym duchu i wróciłem do domu w jakim takim spokoju. W piątek o 4-tej zadzwonił do mnie Kowalski z wiadomością, że Leszek nie żyje.
 
[…] Tłem istotnym był niewątpliwie homoseksualizm. Leszek miał dwu przyjaciół. Jednego od dziesięciu lat, drugiego od niedawna. Aubrey [Johnston – GJ] – ten starszy – pojechał do Europy, gdzie mieli się obaj spotkać. Była to z pewnością nieszczęśliwa okoliczność, bo Aubrey mógłby mu pomóc. Leszek mówił, że Aubrey jest dla niego jak syn, że zrobił z niego człowieka, jak Pigmalion – ale co mi z syna, powiedział do mnie raz, muszę mieć kogoś dla zmysłów. Aubreya znałem […], bywał u nas na prośbę Leszka, kto był ten drugi, nie wiem, co do tego mam jak najgorsze przypuszczenia, o których nie będę Ci pisał. W każdym razie tu jest źródło niewiarygodnych zabiegów pieniężnych Leszka.”
 
„List o Lechoniu” Mariana Hemara (fragment):
 
„(…) Tylko kilku z nas [przyjaciół] wiedziało, że gnębiły go pewne powikłania życiowe, natury bardzo brutalnej, bardzo intymnej, osobistej.
 
We środę [6.VI] po południu, o 4-tej, mieliśmy z nim wspólną audycję radiową do Kraju. Siedziałem przy stole obok niego, naprzeciw [Józefa] Wittlina i Karpińskiego. Tematem naszym był „Teatr na emigracji”. Lechoń, który jak zawsze prowadził audycję, wciąż mylił się, mieszał, trzeba było przerywać nagranie, wracać, poprawiać. Wszyscy mu pomagali, wpadając wpół zdania, niby w naturalnej rozmowie. Ta nagrana taśma z ostatnimi słowami Lechonia może zostanie w jakimś archiwum, jak pośmiertna maska.
 
Po tej męczącej audycji znalazłem kilka minut na rozmowę z nim, na korytarzu. Miałem tam zostać i wykonać swoją robotę, on odchodził. Nazajutrz rano miałem lecieć do Montrealu. Na 25-tym piętrze, na korytarzu rozgłośni, objąłem go ramionami. Spytałem szeptem, czy czuje się lepiej. Powiedział:
 
– Tak, tak, tak.
 
Mówiłem mu, że wrócę za dwa tygodnie, choćby po to by załatwić sprawę jego wyjazdu do Anglii (…). Objął mnie za szyję, pocałował w policzek i krótko, skrzekiem jakimś, zaszlochał. Pobiegł ku drzwiom windy.
 
W piątek [8.VI], na wieczorze w Montrealu, na widowni dostrzegłem Rudolfa Rathausa, którego kilka dni temu żegnałem w Nowym Jorku. Po wieczorze, na sali, w tłumie przyjaciół, zgrzany i zmęczony, przepchnąłem się ku niemu.
 
– Cóż ty – powiedziałem – jeździsz za mną po świecie?
 
Wziął mnie pod rękę, odprowadził na bok, powiedział:
 
– Mam straszną wiadomość. Nie chciałem ci mówić przedtem. Dwie godziny temu telefonowała do mnie żona z Nowego Jorku. Lechoń się zabił. (…)”
 
13.VI.1956
———————-
 
Do Aubreya Johnstona wiadomość o śmierci przyjaciela nie dotarła od razu. Wciąż pisał do Niego listy z Europy (ostatni nosi datę 30 sierpnia 1956)…
 
Wiele wskazuje, że Lechoń był przez kogoś szantażowany. Sugerował to Wierzyński, wspomina o tym także Halina Wittlinowa (żona poety Józefa Wittlina):”[…] On [Lechoń] miał jechać do Maroka. Zdaje się, że tam jechał Morawski na jakąś placówkę dyplomatyczną rządu londyńskiego. On chciał koniecznie pojechać za granicę, a obywatelstwa nie miał, ponieważ – jak mówiono, ja tego nie sprawdzałam – administrator pisma, które on wydawał [chodzi o redagowany przez Lechonia w latach 1943-47 „Tygodnik Polski” – GJ], zadenuncjował go w Imigracji.* Niby to, co dzisiaj można krzyczeć na ulicy, na pochodach, wtedy było bardzo źle widziane w Urzędzie Imigracyjnym. Jego wzywali na przesłuchania w sprawach homoseksualnych. On miał chłopca, którego bardzo kochał, ta ‚najdroższa osoba’ w „Dzienniku” – Aubrey. I wszystko przez tego, który doniósł. Jego tak wymęczyły te przesłuchania, a poza tym miałam wrażenie, że był szantażowany. Bo on jednego dnia wziął we Free Europe 400 dolarów, wiem, że mu wypłacono. To wtedy była duża suma. A tego dnia, kiedy odebrał sobie życie, pożyczył od kogoś dwa dolary. To znaczy, że już wszystko wydał, więc pewno, ktoś go szantażował. Z tego samego powodu. To zupełnie wystarczyło.” [z wywiadu udzielonego Annie Frajlich pt. „Skamandryci w Nowym Jorku” („Więź” 1990 nr 11-12)]
 
* W stopce redakcyjnej w 1945-47, jako ‚administrator and business manager’ figuruje dr Leopold Obierek [za B. Dorosz „Nowojorskie tajemnice życia i śmierci Lechonia”, w: „Teksty drugie” 3/2004]
————————-
 
PS Aubrey Johnston, nazywany w „Dzienniku” „najdroższą osobą” zmarł w 2003 roku… To naprawdę przykre, że nie udało się nikomu z nim porozmawiać. Podobno odwiedził Polskę, Warszawę…
 
„”Najdroższa osoba” – oto określenie, w którym zawiera się istota mojego do niej stosunku. Jest to uczucie weszłe mi już w krew, wysublimowane do szczytów idealizmu i poświęcenia, a ukrywające na dnie piekło miłości. Uczucie mające wszelkie pozory przyzwyczajenia, ale to przyzwyczajenie ma potęgę namiętności. Są dnie i tygodnie, nawet miesiące, kiedy uciekam od niego przekonany, że pochłania mnie ono, że gubię się w nim. A później doznaję jasnowidzenia – że żyję najbardziej wtedy, gdy żyję nim właśnie.”
 
[Lechoń, Dziennik, dnia 2.V.1951]
 
„Dziennik”, który poeta pisał sumiennie każdego dnia, nieprzerwanie od sierpnia 1949 roku, kończy się 30 maja 1956 roku (na dziewięć dni przed śmiercią):
 
„Nie jest to do wyrażenia, co przeżyłem dzisiaj. Nie w życiu, ale w sobie, wewnątrz. Wróciłem późno do domu i zdawało mi się, że to wszystko była imaginacja, że stwarzam sobie problemy, których nie ma w życiu. Ale wiem, że to po prostu zmęczenie, że to dziecinne złudzenie, które mnie naszło, abym przez chwilę odpoczął.
 
Można zawsze znaleźć w swej inteligencji, woli, sercu coś, co pomoże nam w walce z życiem, z ludźmi. Ale na walkę z sobą jest tylko modlitwa.”
 
————————-
 
To, w co tak trudno nam uwierzyć,
Kiedyś się przecież stanie jawą.
Więc pomyślałem: chciałbym leżeć
Tam, gdzie mój ojciec – pod Warszawą.
 
Niech ci ta myśl się nie wydaje
Ani małością, ni znużeniem,
Z największym kocha upojeniem,
Kto się z miłością swą rozstaje.
 
I nagle widzisz: jest noc chmurna
I niebo polskie ponad nami,
I stary ogród. A w nim urna
Z naszego życia popiołami.
 
Jan Lechoń
 
Po wielu długich latach, w 1991 roku, udało się sprowadzić prochy Poety z cmentarza Calvary w Queens (Nowy Jork) i pochować na Cmentarzu Leśnym w Laskach we wspólnym, rodzinnym grobie wraz z rodzicami Władysławem i Marią Serafinowiczami.
 
Poniżej link do archiwalnych audycji Radia Wolna Europa:
 
– Relacja z pogrzebu Jana Lechonia z poruszającą mową Kazimierza Wierzyńskiego – str. 3, audycja 4-ta od dołu.
 
– Rozmowa Jerzego Kaniewicza z Czesławem Karkowskim – dyrektorem Instytutu Józefa Piłsudskiego w Nowym Jorku – na temat okoliczności śmierci Jana Lechonia – str. 3, audycja 2 od dołu.
 
– Ostatnia audycja z udziałem Jana Lechonia nagrana na dwa dni przed śmiercią [6.VI.1956] – str. 4, audycja 4-ta od góry.
 
www.polskieradio.pl/68/787/Tag/35741
 
G/J

 

Goya Junod ukończyła filozofię na Uniwersytecie Warszawskim. Obecnie zajmuje się twórczością i spuścizną po Janie Lechoniu oraz dokumentacją faktograficzną na podstawie listów Kazimierza Wierzyńskiego do Mieczysława Grydzewskiego.
Jan Lechoń - List Kazimierza Wierzyńskiego do Mieczysława Grydzewskiego dot. śmierci Jana Lechonia 16 czer 1956